KARMAZYN WARSZAWA - KORONA JADÓW |
16 września 2001, godz.14.00 Boczne Boisko Delty W-wa KIBICÓW: ok.40 (w tym autokar chuliganów z Jadowa) Mecz nr 67 w historii Karmazyna (64 w lidze) |
||||
Mecz o mistrzostwo Klasy C, Kolejka 4
|
||||
BRAMKI
|
||||
SKŁAD Jerzak vel Dobosz - Cwojdziński - Floryan (73.Furtek) , Marciniak, Kunicki (61.Szatkowski), Gnoiński - Mazurkiewicz (46.Babiak), Langier, Dąbrowski - M.Gnoiński, Kuźmiński Trener: Jerzy Ksionda Liczenie kibiców: ja Specyficzny klimat: Marcin Dąbrowski |
||||
KARTKI: - |
PRZED MECZEM TYLU NAS, TYLU NAS DO PIECZENIA CHLEBA
Przed meczem, ku zdziwieniu wszystkich, pojawiło się aż 14 zawodników. Dawno trener nie miał takiego wyboru przy ustalaniu pierwszej jedenastki. Uwzględniając zaś poprzedni mecz, na który stawiło się 8 zawodników, a reszta została dokoptowana w ostatniej chwili, jest to nie byle wyczyn. Oczywiście wszyscy z optymizmem patrzyli na mecz. W końcu graliśmy z zespołem, który jako pierwszy uległ nam na boisku. Po zakończeniu wyczerpującej rozgrzewki składającej się z przebiegnięcia w poprzek boiska i kilku skłonów, trener wyjaśnił taktykę meczową nie rozrysowując jej jednak na tablicy, gdyż klubu nie stać na takie luksusy.
MECZ ZMIENIĆ BRAMKARZA
Mecz rozpoczął się dość nieciekawie dla Karmazyna. Już w 3 minucie bramkarz Konrad Jerzak vel Dobosz zajęty najwyraźniej liczeniem kibiców przegapił strzał z dystansu zmierzający w środek bramki. Piłka załopotała w siatce i Karmazyn musiał odrabiać straty. Niedługo później znów antybohaterem stał się ów nieszczęsny bramkarz. Stał niczym zahipnotyzowany, czy też czymś naćpany i nie wyszedł do piłki, którą spokojnym, technicznym strzałem zawodnik w żółtym stroju umieścił w okienku. Tak to jednak czasem bywa. Brak koncentracji i umiejętności czysto bramkarskich u owego zawodnika zadecydował, że Karmazyn stanął nad przepaścią upokarzającej porażki. Zawodnicy w czerwieni potrafili jednak nieco się podnieść strzelając gola. Dośrodkowanie Huberta Kuźmińskiego przyjął na główkę Patryk Mazurkiewicz i zmusił do kapitulacji bramkarza. Korona w międzyczasie strzeliła jednak następną bramkę. Piłka po rzucie wolnym wpadła między nogami zawodników z muru i wpadła do siatki pod brzuchem uciekającego się do rozpaczliwej robinsonady na błocie bramkarza. Karmazyn schodził do szatni przegrywająć 3:1. Druga połowa była nieco lepsza w wykonaniu killerów z Warszawy. Co prawda stracili dwie bramki - pierwszą po nieszczęśliwym piąstkowaniu bramkarza po rzucie rożnym, drugą po strzale z rzutu wolnego obok bezradnego jak zwykle bramkarza, który stał się gwiazdą meczu. Gdyby ktoś z kibiców znał jego nazwisko zapewne by je skandował jednocześnie śmiejąc się tak głośno jakby tylko mógł. Ale tak również bywa na boiskach klasy C. Udowodnił to też golkiper Korony puszczając piłkę pod brzuchem po niegroźnym wydawałoby się strzale superstara Adriana Langiera. Karmazyn schodził więc z murawy przegrywając z honorem.
PO MECZU GDZIE TEN KARMAZYN?
Po tradycyjnym umoralnieniu przez Motyla Dąbrowskiego, piłkarze zeszli do szatni. Niektórzy zawodnicy Korony, jak się okazało, pamiętali o porażce z nami prawie dwa lata temu. Ach, łezka się w oku zakręciła. Pisząc o meczu nie można zapomnieć o wiernych kibolach z Jadowa, którzy stawili się na mecz w zatrważającej liczbie. Śpiewali piosenki o "żółto-czarnych koszulach", krzyczeli "k..." i "sędzia ch...", a także skandowali, to co najlepiej świadczy o poziomie warszawskiego klubu: "Gdzie ten Karmazyn?"
|